|
Fragmenty opowiadania "Pies swatką? Dlaczego nie?"
(...) Wpadłem w łapy tego draba przez własną głupotę. Mieszkałem w Podkowie Leśnej w domu z ogrodem. Mój pan nazywał się Eugeniusz i był profesorem filozofii. Wiodłem życie dostatnie i uporządkowane. Pan Eugeniusz bardzo o mnie dbał i dużo ze mną rozmawiał. Czytał mi swoje niektóre prace, a gdy przychodzili do nas goście, też profesorowie filozofii, zajmowałem swoje stałe miejsce pod stołem i przysłuchiwałem się uważnie gorącym dysputom. W ten sposób historię filozofii opanowałem w stopniu, co najmniej, dobrym.
Tego feralnego dnia wybiegłem przez uchyloną furtkę, gdyż zobaczyłem, a raczej wywęszyłem Rosę, najprzystojniejszą suczkę w osiedlu. Szła na smyczy ze swoją panią. Próbowałem jej powiedzieć jak bardzo mi się podoba, wdzięczyłem się, lecz Rosa szczerzyła na mnie zęby i kłapała złośliwie pyskiem. Doszliśmy do stacji kolejki EKD, nadjechał pociąg, Rosa z panią wsiadły szybko do wagonu. Chciałem wskoczyć za nimi, zawahałem się przez chwilę, zwiadowca już dał sygnał do odjazdu, gdy jakieś silne łapska chwyciły mnie brutalnie za skórę i wrzuciły do dużego koszyka, szybko zamykając wieko. Nie zdążyłem nawet ugryźć porywacza.
W ten oto sposób znalazłem się w ciemnej komórce, daleko od domu, razem z innymi ukradzionymi nieszczęśnikami. Jaki byłem głupi! Dlaczego ja pies-filozof nie przewidziałem, co może mnie spotkać. Ale cóż! Jak mawiał Seneka Młodszy: Tylko dla niewielu rozum własny jest najlepszym przewodnikiem.
(...) Po pewnym czasie zorientowałem się, że jest koniec pracy i wszyscy wyszli z agencji. Psy zawsze wiedzą takie rzeczy, chociaż nie mają zegarków.
Wysunąłem się ze swojej kryjówki, stanąłem na środku pokoju i zaskomliłem, przybierając niewinny wyraz pyska.
— No proszę, nasz sławny aktor. Skąd się tu wziąłeś? Jaki z ciebie oryginalny wielorasowiec — zachwycił się bez przekonania. Wybaczyłem mu tego wielorasowca, odbiłem się od podłogi, dałem susa i skoczyłem na biurko, a potem Wojtkowi na kolana. Polizałem go po twarzy.
— No, no, co za karesy, umiesz się wdzięczyć! Chodź, poszukamy twojej pani — wreszcie się domyślił.
Zaprowadziłem go prosto do pokoju Agaty.
— Rambo, gdzie ty poszedłeś, przepraszam panie dyrektorze — moja pani zaczerwieniła się, zupełnie nie wiem dlaczego.
— Daj spokój z tym dyrektorem. Zapomniałaś, że jesteśmy na ty? — zapytał z wyrzutem Wojtek. — Pierwszy raz cię widzę bez tłumu wielbicieli — dodał trochę złośliwie.
— Teraz mam tylko jednego wielbiciela — Agata wskazała na mnie.
— A pewnie, pewnie. Świadectwo faktu wystarczy — szczeknąłem, cytując Tacyta i zamerdałem wesoło ogonem. Spojrzałem Wojtkowi głęboko w oczy. — No odważ się wreszcie — dodałem.
|